Sukces to drabina, po której nie sposób wspiąć się z rękami w kieszeniach. - Philip Wylie

Gwarantem nadkompletu na widowni, wszystko jedno, w jakim mieście czy miasteczku, był Leon Wyrwicz.

Urodzony w 1883 r. w kolejarskiej rodzinie Haraschinów, mieszkańców Galicji. Wyrwicz to pseudonim, aluzja do siły fizycznej ­Leonka, mistrza zapasów i cyrkowych popisów, zanim zdecydował się na karierę artystyczną – monologowanie, komentarze do rzeczywistości. Nie korzystał z tekstów innych autorów. Sam pisał swoje opowieści. Pisał, przesada – układał je zdanie po zdaniu podczas przechadzek po Plantach. Zostawiał wolne miejsca na improwizację, dodanie aktualnego żartu bądź zasłyszanego zwrotu.

Dopiero w Polsce Ludowej cenzura wymusiła na nim zapis monologów w obawie, że coś palnie i będą kłopoty. To był warunek zgody na występy. Kompletnie dla niego niezrozumiały, gdyż starał się, by każdy jego występ był inny, zależny od publiczności. A zdarzało mu się występować w remizach strażackich, tancbudach, kinoteatrach, a nawet w seminariach duchownych i klasztorach żeńskich, ku radości siostrzyczek. Dodajmy do tej listy wszechobecności wieczór w Zielonym Baloniku w 1915 r., prowadzenie zajęć na prośbę Osterwy w sławnej Reducie w latach 30. i przedłużone o kilka tygodni spotkania z fanami w wiedeńskim kabarecie Zum Post, gdzie oczywiście monologował w języku gospodarzy.

A tam się pali jak cholera

Na czym polegał dar Wyrwicza trafiania do każdej publiczności? Jednym mrugnięciem, ruchem warg, zmianą barwy głosu przywoływał swoich bohaterów – kolejarzy, wojskowych, uciekinierów z linii frontu, c.k. biurokratów, cwaniaków, skłopotanych straganiarzy. Stał nieruchomo, rzadko pozwalając sobie na gestykulację, lecz słuchaczom wydawało się, że stworzone przez niego postacie są obecne na scenie.

Oto zjawia się komendant straży pożarnej. „Podchodzi do mnie i pyta, gdzie się pali? Ja mówię: tu się pali jak cholera! A on się jeszcze raz pyta: gdzie się pali? Łuna jak cholera nad całym miastem, a on się pyta, gdzie się pali? To ja mówię, tu się pali! Tu się pali jak cholera! To dopiero wtedy on mówi: lo-ka-li-zo-wać…”.

Wyrwicz nie dbał o styl, literacką polszczyznę zastępował często gwarą, mową przedmieść. Jego obserwacje pokrywały się z obserwacjami tych, co zmagali się z codziennością. Grał na przykład lekarza Kasy Chorych, oglądającego pacjentów wyłącznie przez lornetkę, wypisującego bez badania każdemu receptę na ziółka i aspirynę. Równie aktualnie brzmi opowieść Leonka o podróży koleją. Monologista jest jednocześnie pasażerem i konduktorem. „Ja mówię, panie konduktorze, nie wie pan, kiedy pojedziemy? – Cholera wi, kiedy pojedziemy. Ja mówię: dziękuję panu bardzo. Dobre pan informacje daje, człowiek wi, czego się trzymać…”.

Ostentacyjnie staroświecki (dystans do współczesności wzmagał ostrość jej widzenia) Wyrwicz doceniał potęgę reklamy w show-biznesie. Zgodził się więc, by wódkę nazwano wyrwiczówką, bibułki do skręcania papierosów zdobiła jego podobizna, krakowski krawiec oferował kołnierze ŕ la Wyrwicz, firma produkująca słodycze zachwalała cukierki i czekoladki nazwane jego imieniem. Pieniądze za reklamy pozwalały stand up komediantowi na profesjonalne przygotowanie tras koncertowych – wynajem sal, druk afiszy, karty z autografami, karykatury i portreciki. Niebanalny życiorys, komplementy, jakich doczekał się od Józefa Piłsudskiego, zero artystycznego bałaganu...

No i co? Ani śladu po Wyr­wiczu. Upominał się o niego Kazimierz Rudzki, wspominał o nim Juliusz Kydryński, usiłował naśladować jego technikę Jerzy Ofierski. Historyk teatru Jan Ciechowicz dotarł do materiałów z rodzinnego archiwum artysty, diagnozując trafnie: „To Wyr­wicz wprowadził teatr jednoosobowy w obszar ­kultury masowej”. W marcowy dzień 1951 r., poszarzały jak świat bez niego, żegnały monologistę nie żałobne mowy, lecz odegrany przez strażaka Hejnał Mariacki. Może nam się przypomni, wróci żartem, powiedzonkiem, ponadczasową obserwacją natury ludzkiej.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Początek strony